01 (3) 19185

Po prawej: nie istniejąca secesyjna kamienica Tołwińskiego z lat 1903-1905 przy ulicy Służewskiej w Warszawie, która została wyburzona w czasach PRL, pomimo iż nadawała się do odbudowy (źródło: www.fotopolska.eu); po lewej: kamienica firmy wydawniczej Geberthner i Wolff przy ulicy Siennej, w samym centrum Warszawy; nie odbudowana, chociaż wojnę przetrwała w lepszym stanie niż zniszczony w Powstaniu Warszawskim wieżowiec Prudential (źródło: www,fotopolska.eu)

                                                    Warszawa, ale jaka?

             Odbudowa Warszawy po II wojnie światowej to zagadnienie historyczne, które bardzo trudno ocenić. Z jednej strony przywrócono kulturze polskiej: Stare i Nowe Miasto, Zamek Królewski, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, najważniejsze gmachy użyteczności publicznej i niektóre kamienice w śródmieściu. Z drugiej strony bezsensownie wyburzono liczne obiekty zabytkowe, motywując to potrzebą przebudowy miasta i poszerzeniem ulic. Owszem, przed wojną nie było w Warszawie tak szerokich tras jak obecnie, ale to jeszcze nie powód, żeby usuwać obiekty cenne pod względem artystycznym. W rzeczywistości, chociaż nie mówiło się tego zbyt głośno-władze komunistyczne pogardzały architekturą mieszczańską z przełomu XIX i XX wieku (jako ,,burżuazyjną” i ,,kapitalistyczną”). Doszło do paradoksu: odbudowa i restauracja objęła budynki od średniowiecza do epoki klasycyzmu, a dorobek lat ok. 1880-1939 został w większości zlekceważony. Liczne zabytki eklektyzmu, secesji i wczesnego modernizmu, które mniej lub bardziej uszkodzone przetrwały wojnę, od 1945 roku aż do współczesności nie mogły się doczekać żadnego remontu. Co gorsza- wiele z nich po prostu zrównano z ziemią (przygotowując np. teren pod budowę Pałacu Kultury i Nauki). Inne poddano rekonstrukcji dopiero w XXI stuleciu. Szczęście miały tylko te budynki, których wojna w ogóle nie tknęła (np. większość kamienic w Alejach Jerozolimskich i przy Placu Unii Lubelskiej). Niestety, pod przykrywką hasła ,,Cały naród buduje swoją stolicę” miasto nie tyle odbudowano, co przebudowano. W efekcie Warszawa z I połowy XX wieku praktycznie przestała istnieć. I nie wynikało to wcale ze zniszczeń wojennych, tylko z decyzji komunistycznych władz. Co znamienne, czegoś takiego nie było w innych państwach tzw. Bloku Wschodniego, nawet w ZSRR (może z wyjątkiem niszczenia obiektów sakralnych). Sankt Petersburg (Leningrad), zrujnowany w latach 1941-1944, odbudowano zgodnie z założeniami historycznymi i nikt po wojnie nie ośmielił się zlikwidować najcenniejszych kamienic. Były one przez szereg lat zaniedbane (jednakże- nie wyburzone!). Obecnie większość z nich już wyremontowano. Pomimo tego, Sankt Petersburg posiada mnóstwo przestrzeni miejskiej i szerokie aleje – czyli można pogodzić zachowanie substancji zabytkowej z budową nowych arterii komunikacyjnych. Wracając do Warszawy: wiele zabytków zostało straconych bezpowrotnie. Przebudowa miasta, dokonana w latach 1945-1989 uniemożliwia zrekonstruowanie co najmniej kilkudziesięciu obiektów o dużej wartości artystycznej, chociażby tych przedstawionych na ilustracjach: kamienicy Tołwińskiego oraz siedziby Gebethnera i Wolffa. Z innych wymienić można: prawie całą zabudowę ulicy Marszałkowskiej od skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi do Placu Konstytucji, gmach główny PZU przy ulicy Marszałkowskiej (którego eklektyczną bryłę przekształcono w nieudany, modernistyczny prostopadłościan), kamienicę Spokornego w Alejach Ujazdowskich, kamienicę Nasierowskich w Alejach Jerozolimskich (obecnie w jej miejscu stoi hotel Marriott), gmach PKO na rogu ulicy Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej (stosunkowo nowy, bo wybudowany w 1938 roku !), wreszcie przedwojenny Dworzec Warszawa Główna, który miał być wizytówką Warszawy.  Warszawa międzywojenna z pewnością nie była miastem idealnym, ale posiadała mnóstwo obiektów, które nie odbiegały poziomem architektury od innych miast Europy. Jednakże to nie wojna i powstanie z 1944 roku zadecydowały o utraceniu dawnego miasta, tylko decyzje władz Polski Ludowej- o takim a nie innym charakterze odbudowy.
Dariusz Dzionek

NIEMIECKIE OBOZY KONCENTRACYJNE I OBOZY ZAGŁADY

19 lipca 2017 roku, po zakończeniu wizyty brytyjskiej pary książęcej w Polsce, telewizja CNN podała, że księżna Catherine i książę Wiliam zwiedzili ,,były polski obóz” Stutthof…Kolejny raz mieliśmy do czynienia z podłym oszczerstwem. Niestety, pomimo szerokiej akcji informacyjnej ze strony polskich władz, w dalszym ciągu używa się w światowych mediach kłamliwych określeń: ,,polskie obozy koncentracyjne i zagłady”. Trzeba z naciskiem stwierdzić, że nie było żadnych ,,polskich obozów” podczas II wojny światowej.
Zgodnie z prawdą, były to obozy niemieckie. Niemcy są odpowiedzialni za to, co działo się w Niemczech hitlerowskich – i w krajach okupowanych przez Niemcy hitlerowskie. Twierdzenie, że obozy koncentracyjne z lat II wojny światowej były ,,polskie” – jest kłamstwem. Skandaliczna historia z rzekomo ,,polskimi obozami” ma dwie przyczyny. Obie pochodzą z okresu zimnej wojny, a konkretnie z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Powód pierwszy: w 1956 roku Alfred Benzinger, związany z wywiadem wojskowym RFN, zaczął rozpowszechniać informację o polskich obozach w latach 1939-1945. Temat niestety został podchwycony przez prasę i to nie tylko przez dziennikarzy zachodnioniemieckich, ale także brytyjskich, amerykańskich, izraelskich itd. Kłamstwo powielane przez dziesiątki lat zostało uznane za prawdę i – żyje swoim życiem – nadal. Sztuczka była bardzo perfidna: skoro Niemcy zakładali obozy na okupowanych ziemiach polskich, to w sensie terytorialnym, przy złej woli – można by traktować te obozy jako ,,polskie”. A jeżeli w sensie terytorialnym były to rzekomo ,,polskie obozy”, to czemu nie w sensie praktycznym? I fałszerstwo gotowe. Chodziło wyłącznie o to, aby opinia światowa zapomniała o niemieckich zbrodniach wojennych. Były to czasy (lata 1956-1957) kiedy powstawały fundamenty Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, a Niemcy Zachodnie odegrały w tym procesie kluczową rolę. Należało zatem tworzyć pozytywny obraz RFN. Ksiądz Zygmunt Zieliński w jednym ze swoich artykułów: ,,II wojna światowa- mit w miejsce historii” napisał, że hasło ,,polskie obozy” jest stosunkowo nowe. To nieścisłość. Hasło zostało wymyślone w Niemczech Zachodnich jeszcze w 1956 roku i to wyłącznie z przyczyn antypolskich. Powód drugi: propaganda Polski Ludowej wprawdzie zwalczała ,,rewelacje” Benzingera, ale raczej oszczędnie używała hasła: zbrodnie niemieckie. Pamiętajmy, że obok RFN istniały wtedy prokomunistyczne Niemcy Wschodnie, czyli NRD. W efekcie, z powodów ideologicznych i propagandowych o Niemczech Wschodnich trzeba było mówić dobrze, bo to był sojusznik. Użycie terminu ,,zbrodnie niemieckie” uderzałoby także w ,,naszych przyjaciół zza Odry”. Najczęściej więc pisano o zbrodniach i obozach hitlerowskich lub faszystowskich. Paradoksalnie, po zjednoczeniu Niemiec i oficjalnym pojednaniu polsko – niemieckim, dokonanym ponad ćwierć wieku temu okazuje się, że kłamstwo z okresu zimnej wojny nie zniknęło, a wręcz zapuściło korzenie. O ,,polskich obozach” mówi się i pisze w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Izraelu, czy w Hiszpanii. Szczytem absurdu było użycie tego terminu przez byłego prezydenta USA Baracka Obamę, i to w oficjalnym wystąpieniu przed kamerami. Jest rzeczą charakterystyczną, iż władze zjednoczonych Niemiec nie zrobiły nic, aby temu kłamstwu zaprzeczyć. Interwencje w sprawie oszczerczych ,,polskich obozów” podejmuje wyłącznie strona polska. Dochodzi do kolejnego paradoksu: Niemcy wielokrotnie podkreślali, że mają świadomość swoich ciężkich win za II wojnę światową. Ale kiedy pojawia się hasło ,,polskie obozy” – nikt w Niemczech nie zaprzeczy temu dobrowolnie, trzeba wywierać nacisk. Za zbrodnie reżimu hitlerowskiego z lat 1933-1945, terror i obozy są odpowiedzialni Niemcy. Jest to stwierdzenie faktu. Polska i Polacy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za obozy koncentracyjne, albowiem były to obozy niemieckie. ,,Polskie obozy” nie istniały. Należy to podkreślić bardzo wyraźnie: w okresie od 1 września 1939 roku, do 8 maja 1945 roku- czyli od rozpoczęcia, aż do zakończenia II wojny światowej w Europie, nie było żadnych ,,polskich obozów koncentracyjnych” ani tym bardziej ,,polskich obozów zagłady”. Nie tylko nie ma żadnych powodów do propagowania tego kłamstwa, ale również żadnych pozorów i wątpliwości- obozy koncentracyjne i obozy zagłady wymyślili Niemcy, oni je zorganizowali i to Niemcy ponoszą odpowiedzialność za tragedię ich ofiar. Nieprawdziwe jest także stwierdzenie, że za obozy są odpowiedzialni naziści. Niemcy bowiem jako pierwsi utworzyli obozy koncentracyjne w celu wykorzystywania więźniów do pracy.* Działo się to na początku XX wieku w Afryce Środkowej, która była wtedy kolonią II Rzeszy (a w tamtym okresie o nazistach jeszcze nikt nie słyszał). Osobą nadzorującą te obozy, w których przetrzymywano zbuntowanych Afrykanów, był ojciec Hermana Göringa. System obozowy, który powstał w czasach hitlerowskich, stanowił w prostej linii kontynuację niemieckich ,,doświadczeń” sprzed I wojny światowej. Jest jeszcze jeden problem: jak skutecznie zwalczać kłamstwa dotyczące ,,polskich obozów”? Niezbędne wydają się bardziej zdecydowane działania rządu, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Polskiej Agencji Prasowej, polskich serwisów informacyjnych oraz wszystkich instytucji związanych z upamiętnieniem ofiar II wojny światowej.
Dariusz Dzionek

* Obozy koncentracyjne powstały na przełomie XIX i XX wieku najpierw na Kubie i w Afryce Południowej,
ale więźniowie byli tam tylko izolowani, nikt nich nie zmuszał do pracy.

Źródła:
Wikipedia: Agencja 114 (na temat Alfreda Benzingera); Obozy koncentracyjne. Ks.Zygmunt Zieliński, II wojna światowa- mit w miejsce historii, ,,W Sieci”, nr 3/2017, s. 54-56.

W lipcu 1943 roku Ukraińcy dokonali zbrodni ludobójstwa na Polakach, mieszkańcach Wołynia. Sprawa ta rzutuje na współczesne relacje polsko- ukraińskie i budzi ogromne emocje, przy czym bardzo często zapomina się o podstawowych faktach. W 1941 roku Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich (OUN) kierowana przez Stepana Banderę liczyła na to, że przy wsparciu Niemców uda się powołać do życia niepodległe państwo ukraińskie. Gdy plany te zawiodły, od roku 1942 Ukraińcy zaczęli przygotowywać akcję eksterminacji Polaków na Kresach Wschodnich, aby siłą ,,oczyścić teren z wrogiej ludności” . Wołyń miał się stać częścią przyszłego ukraińskiego państwa. Pod koniec 1942 roku utworzono Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), której celem była realizacja tego ,,pomysłu”. Ukraińska koncepcja niepodległości nie miała żadnych szans powodzenia w realiach II wojny światowej. Ukraińcy nie byli stroną konfliktu, nie brano ich pod uwagę jako podmiot polityczny na arenie międzynarodowej. Niemcy ich zlekceważyli, a Sowieci traktowali wrogo. OUN i UPA znalazły się dosłownie pomiędzy niemieckim kowadłem, a sowieckim młotem. Niemal w chwili powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii, Rosjanie zamknęli Niemców w okrążeniu pod Stalingradem. Kiedy latem 1943 roku Ukraińcy podjęli akcję eksterminacji Polaków na Wołyniu, Wehrmacht poniósł klęskę w bitwie na Łuku Kurskim, a inicjatywa na Froncie Wschodnim przeszła całkowicie na stronę sowiecką. Sowieci uważali plany niepodległej Ukrainy wręcz za zdradę. W tej sytuacji UPA walczyła także z Armią Czerwoną, przy miażdżącej przewadze Sowietów i braku perspektyw na przyszłość. Na tym tle czystki narodowościowe- wymierzone przez Ukraińców przeciwko Polakom, nie mogły w żaden sposób wpłynąć na powstanie państwa ukraińskiego. Dlaczego zatem uderzono w Polaków? Przede wszystkim dlatego, że w porównaniu z Niemcami i Rosjanami – Polacy byli stroną najsłabszą. Jako kraj znajdowaliśmy się pod dwiema okupacjami: niemiecką i sowiecką*, a polska ludność na Kresach nie miała praktycznie żadnej ochrony. Fakty dotyczące wydarzeń na Wołyniu nie są pełne, a dane liczbowe- szacunkowe, co nie umniejsza jednak skali tragedii. Symbolem antypolskiej zbrodni ludobójstwa stał się dzień 11 lipca 1943 roku. W nocy 10 lipca i w dniu następnym banderowcy z UPA zaatakowali około 100 polskich wsi i osad, mordując co najmniej 3100 osób. Najwięcej ofiar było w Kisielinie (około 90), Stasinie (105), Zamliczach (118), Chrynowie (150), Sądowej (160), Porycku (ponad 220) Dominopolu (około 250 zabitych) i Orzeszynie (306). Ogółem w lipcu 1943 roku na terenie Wołynia z rąk UPA poniosło śmierć ponad 11 tysięcy Polaków. Wśród ofiar byli również Ukraińcy, którzy nie chcieli brać udziału w eksterminacji, członkowie rodzin mieszanych polsko-ukraińskich, duchowni katoliccy i prawosławni oraz Żydzi. Warto podkreślić, że mordowano (najczęściej w bestialski sposób) ludzi zupełnie niewinnych. Armia Krajowa podjęła akcję samoobrony, ale banderowcy mieli znaczną przewagę liczebną i początkowo- także organizacyjną. W latach 1944-1947 działania zbrojne miały nieco inny charakter, gdyż do akcji włączyła się najpierw Armia Czerwona i NKWD, a później Ludowe Wojsko Polskie. Żołnierze ,,ludowi” walczyli zarówno przeciwko UPA jak i przeciwko oddziałom podziemia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Krwawy konflikt polsko-ukraiński trwał w latach 1943-1950, że szczególnym nasileniem do 1947 roku. W rezultacie, na dawnych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej (wliczając także obecne województwo lubelskie i podkarpackie) zginęło z rąk Ukraińców od około 150 do 200 tysięcy Polaków. Ukraińskich zbrodni na Kresach Wschodnich nie usprawiedliwiają żadne okoliczności. Tak samo, jak nic nie usprawiedliwia innych zbrodni ludobójstwa.
Dariusz Dzionek
Źródło: wikipedia
* W 1943 roku ziemie polskie będące w latach 1939-41 pod okupacją sowiecką -były zajęte przez Niemców.

Sesja o śląskich noblistach w Zespole Szkół Elektrycznych
im. Tadeusza Kościuszki w Opolu

We wtorek 24 maja 2016 roku o godz. 16.00 odbyła się w Elektryczniaku sesja popularnonaukowa p.t.,,Nobliści ze Śląska” przygotowana przez uczniów klasy 3 AT i 3 DT pod kierunkiem Pani mgr Grażyny Łomny, nauczycielki języka niemieckiego. W sesji brali udział goście, nauczyciele- członkowie ZNP z województwa opolskiego. Wykład wstępny na temat śląskich noblistów wygłosił dr Dariusz Dzionek. Następnie uczniowie przedstawili szczegółowo sylwetki laureatów Nagrody Nobla ze Śląska. Region śląski, jeśli chodzi o wybitne osobistości jest swego rodzaju fenomenem, a postaci noblistów- choć już wielokrotnie opisywane, nadal nie są znane szerszemu ogółowi społeczeństwa, nawet na Śląsku. Mało kto kojarzy, że z Wrocławia pochodził chemik Fritz Haber, wynalazca gazu bojowego (iperytu), użytego po raz pierwszy w czasie I wojny światowej- w 1915 roku. Haber otrzymał później Nobla za syntezę amoniaku, ale jego praca na potrzeby armii niemieckiej wywoływała odrazę i niechęć wśród naukowców z innych państw. Wojenny epizod, choć już nie tak kontrowersyjny, miał w swoim życiorysie także inny śląski noblista, Johannes Georg Dehmelt. W latach 1940-1944 walczył w Wehrmachcie, jako jeden z żołnierzy obsługujących słynne armaty przeciwlotnicze 88 mm. Wśród laureatów Nagrody Nobla ze Śląska jest także jedna kobieta, pochodząca z Katowic Maria Göppert- Mayer. Ze względu na to, że informacje na temat śląskich noblistów są często rozproszone i nieuporządkowane, poniżej przestawiono wykaz nagrodzonych – w porządku chronologicznym. Przy nazwiskach podano miejsce urodzenia, kategorię naukową i datę otrzymania Nagrody Nobla.
1. Paul Ehrlich (Strzelin) : 1908 r. -Nobel z medycyny za prace nad odpornością organizmu;
2. Gerhart Hauptmann (Szczawno Zdrój): 1912 r.- literatura (za całościowy dorobek dramaturgiczny; autor słynnej sztuki ,,Tkacze”);
3. Fritz Haber (Wrocław)- 1918 r.- chemia (za nową metodę syntezy amoniaku);
4.Friedrich Bergius (Złotniki pod Wrocławiem)- 1931 r. chemia (za metodę otrzymywania benzyny syntetycznej przez upłynnienie węgla za pomocą wodoru);
5. Otto Stern (Żory)- 1943 r. – fizyka (za pomiar tzw. momentu magnetycznego protonu);
6. Kurt Alder (Chorzów)- 1950 r. – chemia (za synteza dienową umożliwiającą produkcję niektórych leków, witaminy K i środków owadobójczych);
7. Max Born (Wrocław) – 1954 r.- fizyka (mechanika kwantowa);
8. Maria Göppert- Mayer (Katowice) : 1963 r.- fizyka (za odkrycia dotyczące struktury powłokowej jądra atomowego);
9. Konrad Bloch (Nysa): 1964 r.- medycyna i fizjologia (za odkrycia wyjaśniające powstawanie cholesterolu i badania nad miażdżycą)
10. Johannes Georg Bednorz (rodzina pochodziła z Lublińca): 1987 r. -fizyka (za wykrycie nadprzewodnictwa wysokotemperaturowego w tlenkach metali);
11. Johannes Georg Dehmelt (Zgorzelec): 1989 – fizyka ( za opracowanie tzw. pułapek jonowych, czyli urządzeń do przechowywania cząsteczek obdarzonych ładunkiem -jonów, elektronów, protonów);
12. Reinhard Selten (Wrocław) : 1994 r.- ekonomia (za opracowanie teorii gier niezespołowych w ekonomii);
13. Günter Blobel (Niegosławice): 1999 r. – medycyna i fizjologia (za badania nad identyfikacją sygnałów kierujących transportem i lokalizacją białek w organizmie).
W trakcie szkolnej sesji wynikły pewne kontrowersje co do zasadności powyższej listy. Dyskusję wywołała postać Johannesa Bednorza, który na Śląsku się nie urodził, ale był związany z regionem poprzez rodziców. Uczniowie Błażej Mrzygłód (klasa 3 AT) i Piotr Słodkowski (3 DT) w umiejętny sposób wykazali, że omówienie tej postaci w gronie śląskich noblistów jest jak najbardziej właściwe. Prezentacje multimedialne wykonane przez uczniów na temat noblistów ze Śląska były opracowane na bardzo wysokim poziomie i wzbudziły uznanie słuchaczy.
Pani Grażyna Łomny z gośćmiUczniowie podczas prezentacjiDariusz Dzionek

70 lat temu, w sierpniu 1945 roku Stany Zjednoczone użyły dwóch bomb atomowych przeciwko ludności cywilnej w Hiroshimie (6 sierpnia) i Nagasaki (9 sierpnia). Głównym celem tych ataków miało być doprowadzenie do kapitulacji Japonii. Cel osiągnięto, aczkolwiek o poddaniu się nie zadecydowali wojskowi, tylko cesarz Hirohito. Generalicja japońska miała zamiar walczyć dalej, a los ofiar bomby atomowej jej nie interesował.
Amerykanie z premedytacją skazali na zagładę dwa miasta, które nie odgrywały większej roli militarnej. Dwie bomby na dwa różne cele zrzucono także dlatego, aby porównać siłę rażenia bomby uranowej (Hiroshima) i plutonowej (Nagasaki). Bomba uranowa okazała się skuteczniejsza, ale marne to ,,pocieszenie” dla ofiar. Dokonano zatem makabrycznego eksperymentu. Łączna liczba zabitych w wyniku ataków atomowych przekroczyła 150 tysięcy ludzi, z tego co najmniej 78 tysięcy w Hiroshimie. Zabudowa została zniszczona w około 70%, przy czym w tzw. epicentrum wybuchu- dosłownie wszystko wyparowało. Nigdy wcześniej jedna czy też dwie bomby nie dokonały takich spustoszeń. Wina i odpowiedzialność Amerykanów, jeżeli chodzi o zagładę Nagasaki i Hiroshimy nie podlega dyskusji. Ale sami Japończycy także zachowywali się odrażająco. Od 1937 do 1945 roku potomkowie samurajów wymordowali ponad 16 milionów Chińczyków. Armia Cesarska znęcała się nad jeńcami wojennymi, których przetrzymywano w warunkach równie strasznych, jak w sowieckich i niemieckich obozach. Na tysiącach jeńców, w tym amerykańskich, brytyjskich i chińskich dokonywano zbrodniczych eksperymentów ,,medycznych”. Okrucieństwo tego typu doświadczeń przewyższyło nawet dokonania słynnego doktora Mengele z obozu w Auschwitz-Birkenau. Należy zatem mieć na uwadze, że wojna sama w sobie jest brudna i nie da się dokonać prostych ocen na zasadzie: ,dobry” i ,,zły”. Twierdzenie, że tylko nasi wrogowie popełniają zbrodnie, a my jesteśmy rycerscy i szlachetni, to kłamliwa propaganda na użytek opinii publicznej. Hiroshima i Nagasaki są klasycznym dowodem na potwierdzenie tej opinii. ,,Miłujący wolność” Amerykanie nie byli lepsi od japońskich przestępców wojennych.

Dariusz Dzionek

Krytycy Powstania Warszawskiego wyznają tezę, że gdyby zaniechano walki zbrojnej, to Warszawa przetrwała by wojnę w stanie takim, jak w lipcu 1944 roku, ze zniszczeniami getta i obiektów zburzonych jeszcze w roku 1939. Jednym słowem, poziom zniszczeń byłby w granicach 30% a nie 80%. Są to twierdzenia naiwne.
Niemcy szykowali się do obrony przed Armią Czerwoną na linii Wisły. Nawet, gdyby powstanie nie wybuchło, w drugiej połowie sierpnia 1944 roku prawdopodobny był początek ciężkich walk ulicznych, niemiecko-sowieckich. W efekcie bardzo możliwa była zagłada miasta tak jak w Leningradzie czy we Wrocławiu. Jeżeli Niemcy w 1945 roku zdecydowali się zamienić niemiecki wtedy Wrocław na twierdzę (Festung Breslau) i sprowokować straszliwe zniszczenia w grodzie nad Odrą, to z pewnością Warszawa nie mogła się spodziewać żadnej ulgi. Nie zapominajmy też, że i Berlin został doszczętnie zdruzgotany w trakcie zdobywania go przez Sowietów.
Nie ma prostej recepty na to, jak uniknąć zniszczenia miasta w czasie wojny. W każdym razie Warszawa miała realne szanse na ocalenie, gdyby jej władze poddały się Niemcom, ale jeszcze w 1939 roku, i to nie później niż 12 września (w tym czasie Niemcy czekali na odpowiedź w sprawie kapitulacji). Niestety, stolica broniła się jeszcze 2 tygodnie i o rozejm poproszono wtedy, gdy nieprzyjaciel już zniszczył np. Zamek Królewski i Teatr Wielki.
Tymczasem bez walki poddał się Kraków i co by nie powiedzieć, miasto wyszło na tym dobrze. Już 6 września 1939 roku Wehrmacht wkroczył do historycznej stolicy Polski. Kraków przetrwał II wojnę prawie bez zniszczeń, pomimo że w 1945 roku znowu przeszły przez niego wojska niemieckie i w dodatku sowieckie. Podobnie jak w Warszawie, tak i w Krakowie szalał niemiecki terror, w dzielnicy Płaszów powstał obóz koncentracyjny, a kościoły i muzea obrabowano z dóbr kulturalnych. Nikt jednak celowo nie burzył w Krakowie żadnych budowli, ani tym bardziej zabytków…
Podsumowując, Warszawa nie miała szczęścia w latach 1939-1945, Kraków dostał szansę i ją wykorzystał. Szczęściu trzeba pomóc-Warszawa sobie nie pomogła. Ale decydujący w tym względzie był nie rok 1944, tylko 1939.

Dariusz Dzionek

19 lipca 1655 roku, 360 lat temu, król Szwecji Karol Gustaw Waza wypowiedział wojnę Rzeczypospolitej. Już 21 lipca Szwedzi wylądowali na Pomorzu, a 25 lipca wojska polskie skapitulowały przed nieprzyjacielem pod Ujściem. Rozpoczął się najazd szwedzki, trwający w latach 1655-1660, który przyniósł naszemu krajowi bodajże największe straty w historii. Polska i Litwa zostały doszczętnie ograbione z dóbr kultury, a do klęsk militarnych doszły klęski głodu i epidemie chorób.
Główna, chociaż nie bezpośrednia- przyczyna najazdu szwedzkiego tkwiła w kilku (niemal równoczesnych) wydarzeniach wcześniejszych, sięgających roku 1648. Wtedy właśnie w Europie skończyła się wojna trzydziestoletnia, która wyniosła Szwecję do rangi mocarstwa. Szwecja żyła z wojny i było tylko kwestią czasu to, gdzie znowu uderzy. Szwedzi podpisali pokój westfalski na Zachodzie i dostali wolną rękę gdzie indziej. Tymczasem w 1648 roku Rzeczpospolitą polsko-litewską ogarnął paraliż polityczny i militarny.
Na Ukrainie wybuchła wojna domowa z Kozakami Chmielnickiego i w dodatku zmarł król Władysław IV Waza. W czasie bezkrólewia (od końca maja do końca września 1648 r.) wojska polskie poniosły klęski pod Korsuniem i Piławcami, co pozwoliło Chmielnickiemu okrzepnąć i utrwalić sojusz z Tatarami. Konflikt z Chmielnickim, wspieranym przez Tatarów- przedłużał się.
Po kilku latach Kozacy wystąpili z prośbą o protekcję do Moskwy, co wywołało wojnę polsko- rosyjską w 1654 roku. Od tego momentu Rzeczpospolita walczyła już na dwa fronty, wykazała niemoc polityczną i wojskową. Nic dziwnego, że w 1655 roku król szwedzki postanowił uderzyć na Polskę, która stawała się łatwym łupem. Na domiar złego pretekstu do najazdu dostarczył nasz król- Jan Kazimierz, który nie chciał zrezygnować z tytułu dziedzicznego władcy Szwecji. Tytuł ten zupełnie bezsensownie przypisał sobie jeszcze jego ojciec, Zygmunt III Waza.
Biorąc pod uwagę fakty historyczne, jedyną możliwością uniknięcia przez Rzeczpospolitą najazdu szwedzkiego było uspokojenie Ukrainy przed 1654 rokiem. Okazało się to nierealne, chociaż los dał nam ponad 6 lat czasu (1648-1654). W 1655 roku toczyliśmy już wojnę na trzech frontach: moskiewskim, ukraińskim i szwedzkim. Gdyby wygaszono Ukrainę, Szwedzi nie odważyliby się uderzyć, a jeśli nawet, to można by ich pokonać w jednej bitwie, mając do czynienia tylko z jednym nieprzyjacielem, a nie z trzema.
W każdym rachunku nie doszłoby do okupacji całego kraju i tragedii ,,potopu”.
Fakty są jednak brutalne. Ogółem w latach 1648-1660 na skutek wojen, epidemii chorób i głodu ludność Rzeczypospolitej zmniejszyła się o około 3 mln osób. O ile w 1645 roku państwo polsko-litewskie liczyło przeszło 10 mln mieszkańców, to 15 lat później już tylko 7 mln, czyli ubyło co najmniej 30% populacji. Tak wysokich procentowo strat biologicznych nie ponieśliśmy nawet podczas II wojny światowej.

Dariusz Dzionek

Minęła dwusetna rocznica bitwy pod Waterloo, która była ostatnim akordem burzliwej kariery politycznej i wojskowej Napoleona. Bój, rozegrany w Belgii- niedaleko Brukseli 18 czerwca 1815 roku został owiany legendą. Podobno Bonaparte był bardzo bliski zwycięstwa nad Brytyjczykami i Prusakami, tylko przeszkodził mu pech: ulewny deszcz i problemy ze zdrowiem (z powodu natarczywego bólu nie mógł usiedzieć na koniu). Oddziały pruskie zdążyły przybyć na miejsce bitwy dosłownie w ostatniej chwili, kiedy sam dowódca angielski Wellington myślał już o złożeniu broni. Niemniej -liczą się fakty- Francuzi ponieśli klęskę.
Paradoksalnie, Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo zanim jeszcze się zaczęła. Decydujące wydarzenia miały miejsce wcześniej- 16 czerwca 1815 roku i przeszły do historii jako tzw. ,,spacer d’Orlona”. W tym dniu rozegrały się dwie bitwy jednocześnie. Marszałek Ney walczył z Brytyjczykami pod Quatre-Bras, a Napoleon z pruskim dowódcą Blücherem pod Ligny. Generał Drouet d’Orlon, z powodu fatalnej łączności pomiędzy marszałkiem Neyem i Napoleonem krążył między wojskami jednego i drugiego wodza i w efekcie nikomu nie udzielił pomocy. Co najważniejsze, nie zdążył wesprzeć Napoleona w rozgromieniu Prusaków w bitwie pod Ligny. W efekcie Prusacy zostali pobici, ale nie rozbici. Gdyby Blücherowi zadano decydujący cios 16 czerwca, nie miałby kto pomóc Wellingtonowi pod Waterloo i 18 czerwca 1815 roku armia brytyjska poniosłaby klęskę.
A co mogło się stać po zwycięstwie Bonapartego? Wbrew pozorom- nic. Napoleon całkowicie uzależnił się on od wojen, które prowadził. Chciał wiecznie dowodzić i zwyciężać, ale nie da się toczyć walki przez cały czas. W rzeczywistości- bitwa pod Waterloo, uznana za jedną z najważniejszych w dziejach świata, niewiele zmieniała, a jej wynik był mało istotny. Po ewentualnym zwycięstwie Napoleon i tak zostałby pokonany, najpóźniej w ciągu roku. Francja była już wyczerpana i wykrwawiona wojnami, prowadzonymi bez przerwy od 23 lat. Weterani wojenni ciągle ginęli bądź zostawali inwalidami. W niedalekiej perspektywie Bonaparte stanąłby przed koniecznością poboru…dzieci do armii (już w 1814 roku zaciągał pod broń poborowych z rocznika 1799, czyli piętnastolatków!). Nie należy też mieć złudzeń, że po zwycięstwie w Belgii najwięksi wrogowie Napoleona mogli mu dać spokój i pozwolili rządzić w Paryżu. Dla Wielkiej Brytanii czy Rosji było to nie do przyjęcia.
Los Napoleona dokonał się w październiku 1813 roku po klęsce w bitwie pod Lipskiem. Od tego momentu finał jego kariery był tylko kwestią czasu. Bitwę pod Waterloo można potraktować co najwyżej jako fakt z biografii Bonapartego, ale na historię Europy – nie wpłynęła ona znacząco.

Dariusz Dzionek

warszawaII wojna światowa wywarła decydujący wpływ na losy świata w II połowie    XX wieku. Zakończyła się ona zwycięstwem koalicji antyhitlerowskiej, w  której dominującą rolę odgrywały Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki  oraz Wielka Brytania. 2 maja 1945 roku skapitulował Berlin, 8 maja  podpisano akt bezwarunkowej kapitulacji niemieckiej III Rzeszy. Ze  względu na różnicę czasu, w chwili podpisania traktatu w Moskwie był już  dzień 9 maja, i stąd w Rosji przyjęto inną datę zwycięstwa, niż w krajach  Zachodu. Czyje to było zwycięstwo? Z pewnością najwięcej zyskał Związek  Sowiecki i USA. Sowieci podporządkowali sobie całą Europę Środkowo-Wschodnią, w tym Polskę, Stany Zjednoczone ugruntowały swoją mocarstwową pozycję. Już w latach 1945-1946 niedawni sojusznicy: Moskwa i Waszyngton- stanęli przeciwko sobie. Następnie-przez prawie pół wieku trwała ostra rywalizacja sowiecko-amerykańska o dominację nad światem. Nie było to wprawdzie starcie bezpośrednie, ale groźba nowej wojny powszechnej pojawiała się kilkakrotnie. Klęskę w 1945 roku poniosły Niemcy. Katastrofa militarna, zniszczenia wojenne, wreszcie podział kraju na dwa państwa: RFN i NRD w latach 1949-1990 – to wydarzenia, które odcisnęły głębokie piętno na niemieckiej historii. Odpowiedzialność Niemiec za rozpętanie II wojny światowej nie ulega wątpliwości. Niełatwo ocenić bilans II wojny światowej dla Polski. O ile do 1990 roku propaganda komunistyczna głosiła, że Polska u boku Sowietów wygrała wojnę, o tyle w ciągu lat 1990-2015 przeważa opinia, iż wynik wojny to największa tragedia w naszych dziejach- bo znaleźliśmy się pod władzą sowieckiego systemu. W dodatku straciliśmy Kresy Wschodnie, a około 6 milionów obywateli polskich zginęło w wyniku działań zbrojnych oraz terroru okupantów. Wydaje się jednak, że niezależnie od rozwoju sytuacji- wobec zimnej obojętności aliantów zachodnich i nacisku Sowietów- niewiele dałoby się zrobić. Można przyjąć, że Polska w jakimś stopniu wygrała z Niemcami- ale wyraźnie przegrała ze stalinowską Rosją (biorąc za punkt wyjścia to, z kim walczyliśmy w 1939 roku).
Dariusz Dzionek